Wróć do bloga

Gubienie moczu i czucie ciężkości bardzo mnie ograniczało

„Poród siłami natury został zakończony pomyślnie. Jednak końcówka była bardzo trudna, skończyła się pęknięciem i szyciem krocza. Po pierwsze nieprzyjemne uczucie ciężkości w pochwie po dłuższym przebywaniu w pozycji stojącej. I najgorsze: gubienie kilku kropel moczu podczas kaszlu, kichania, a nawet podczas spaceru. Czułam, że nie jestem sobą i że te dolegliwości mocno mnie ograniczają.”

Poród zagranicą

Końcówka mojej ciąży oraz poród przypadły na sam początek pandemii. Nie dość, że dużo stresu przysparzała myśl o rodzeniu zagranicą, komunikacji w języku obcym, to do tego doszła sytuacja z wirusem, która zmieniała się z dnia na dzień.

Poród siłami natury został zakończony pomyślnie. Jednak końcówka była bardzo trudna, skończyła się pęknięciem i szyciem krocza.

Gubienie moczu i czucie ciężkości bardzo mnie ograniczało

Po okresie połogu udało mi się znaleźć w okolicy fizjoterapeutkę uroginekologiczną. Nie miała to być jedynie wizyta kontrolna, bo czułam że coś jest mocno nie tak.

Po pierwsze nieprzyjemne uczucie ciężkości w pochwie po dłuższym przebywaniu w pozycji stojącej. Dziwne, nieprzyjemne uczucie podczas siadania i wstawania – jakby coś miało mi wyjść z pochwy.

I najgorsze: gubienie kilku kropel moczu podczas kaszlu, kichania, a nawet podczas spaceru. Czułam, że nie jestem sobą i że te dolegliwości mocno mnie ograniczają.

Czy ja w ogóle dobrze ćwiczę?

Wizyta u fizjoterapeutki skończyła się szczegółowym wywiadem, badaniem palpacyjnym i finalnym zapewnieniem, że nie ma żadnych obniżeń i wszystko się ładnie goi. Fizjoterapeutka pokazała mi kilka ćwiczeń na wzmocnienie i rozluźnienie mięśni dna miednicy.

O ile w gabinecie wiedziałam o co chodzi, o tyle w domu nie wiedziałam czy je dobrze wykonuję. Trudno było mówić o systematyczności. Po kilku kolejnych wizytach fizjoterapeutka mówiła, że jest poprawa, ale ja kompletnie niczego nie czułam.

Byłam zrozpaczona i przekonana, że pozostaje mi się jedynie pogodzić z taką nową “jakością” życia.

Czy warto tyle wydać?

Któregoś dnia zobaczyłam informacje o PelviFly na jednym z profili na Instagramie. Zgłębiłam temat i pomyślałam, że to coś dla mnie. Długo jednak walczyłam ze sobą ze względu na dość wysoką cenę urządzenia.

Z tyłu głowy brzęczała myśl, że to kolejny bubel, który jest zachwalany na insta. Miałam jednak dość zmieniania w ciągu dnia wkładek higienicznych, dość tego dziwnego uczucia w pochwie. Ja się zwyczajnie wstydziłam i byłam bardzo sfrustrowana.

Stwierdziłam, że trudno. Nie spróbuję to się nie dowiem. Zamówiłam urządzenie, nawet nie wspominając mężowi o cenie?

Mega czułe urządzenie

Początki były baardzo dziwne. Urządzenie okazało się być mega czułe i pierwsze treningi wydawały się być niemożliwe do wykonania.

Motywowało mnie jedynie to, że widzę czy robię postępy, czy np. napinam mięśnie dna miednicy zamiast je rozluźnić.

Wsparcie fizjoterapeutki

Te postępy to były tylko wyniki na ekranie, nic odczuwalnego. Super było to, że jest opcja teleopieki – w moim przypadku wybawienie.

Nie mogłam tak po prostu udać się na wizytę do Pani Martyny, bo mieszkałam zagranicą. Dokładny wywiad, częsta wymiana maili – miałam i nadal mam poczucie, że w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości – mam P. Martynę prawie na wyciągnięcie ręki.

Mam motywację, ale co z efektami?

Ćwiczenia, ich graficzna oprawa, bardzo mnie motywowały. Byłam zdeterminowana, ale trochę zaczęło wkradać się rozczarowanie, bo nie widziałam fizycznych rezultatów. Mijały tygodnie, miesiąc, drugi, kolejna nasza rozmowa i ja uczciwie mówiłam, że nie widzę żadnej poprawy jakości mojego życia.

Dużym plusem w moim wypadku były od początku ćwiczenia z wibracją, po nich czułam, że moje dno miednicy jest rozluźnione. W międzyczasie zaliczyłam wizytę u uroginekologa, który na szczęście potwierdził, że nie ma żadnych obniżeń narządów, tylko mocno osłabione dno miednicy.

Po 3 miesiacach… wow!

Ćwiczyłam dalej. Przy nie wiem już którym wywiadzie z Panią Martyną, zapaliła się lampka w głowie: „P. Martyno ja właściwie nie czuję już ciężkości w pochwie! Mogę chodzić na długie spacery”. Wow! Nawet nie zauważyłam kiedy to się stało (około 3 miesiące regularnych ćwiczeń).

Odetchnęłam z ulgą i pomyślałam, że to chyba działa. Po upływie kolejnego 1,5 miesiąca nie zauważyłam żadnych kropel moczu na wkładkach. Z początku myślałam, że może akurat miałam mniejszą aktywność i tak się złożyło, ale na szczęście nie. Przestałam gubić mocz. Myślałam, że na to nie ma szans, a jednak! Bardzo się ucieszyłam.

Małymi kroczkami do przodu

Myślę, że przed nami jeszcze długa droga. Nadal mam mocno osłabione mięśnie dna miednicy, ale małymi kroczkami do przodu.

Z początku widziałam poprawę tylko na wykresach, które szczegółowo omawiała P Martyna. Ja jednak nie do końca jej wierzyłam, bo… nie czułam żadnej różnicy w ciele.

W moim przypadku potrzeba było 3 miesięcy regularnych treningów, żeby móc powiedzieć, że idzie ku lepszemu.

Dolegliwości odarły mnie z uczucia kobiecości

Fajnie jest czuć się znów kobietą, bo moje dolegliwości poporodowe bardzo mocno odarły mnie z tego uczucia. Tylko ja wiem ile łez z tego powodu wylałam.

Cieszę się, że znalazłam informacje o PelviFly, że zaryzykowałam, i że okazało się, że dobrze zainwestowałam pieniądze w powrót do zdrowia. Motywacja nadal jest duża, liczę też po cichu na pojawienie się kolejnych nowych ćwiczeń.

Moja inwestycja w zdrowie

Fakt, PelviFly to niemały koszt. Ale warto. Fajnie widzieć postępy i też uczyć się pracy swojego dna miednicy, wiedzieć kiedy faktycznie jest rozluźnione, co wcale nie jest takie oczywiste.

Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że będę mogła zwiększyć aktywność fizyczną i uczestniczyć aktywnie w zabawach z synkiem na dworze.

Perspektywa fizjoterapeutki

Martyna Kurtys: Jestem certyfikowaną fizjoterapeutką uroginekologiczną (PTUG) oraz terapeutką metody CRAFTA (terapii czaszkowo-twarzowej). Prowadząc wizyty w gabinecie kieruję się indywidualnym podejściem do Pacjentek, mając na uwadze różne potrzeby każdej z Kobiet. Od blisko 3 lat współpracuję z PelviFly, łącząc terapię Pacjentek w gabinecie ze zdalnym monitorowaniem ich postępów treningowych w aplikacji PelviFly. Dzięki rehabilitacji hybrydowej Pacjentki mogą ćwiczyć w domu, mając poczucie bezpieczeństwa, że ich treningi są na bieżąco monitorowane.

Historia bohaterki z perspektywy fizjoterapeutki Martyny Kurtys

Opowiem Wam historię jednej z moich pacjentek, która ćwiczy z PelviFly od nieco ponad pół roku pod moją opieką. Pani rozpoczęła ćwiczenia kilka miesięcy po porodzie naturalny, gdzie doznała pęknięcia krocza. Na początku zgłaszała objawy takie jak ciążenie wewnątrz pochwy, uczucie ciała obcego pochwa, także gromadzenie się powietrza w pochwie podczas różnych aktywności fizycznych. A także co było najgorsze dla pacjentki, popuszczanie kilku kropel moczu podczas kichania, kaszlu czy też podczas spacerów.

Pierwsze testy mięśni

Pierwszy test mięśni wyszedł z dosyć niską siłą maksymalną. Było to nieco ponad 10 mmHg. Dodatkowo widać było, że mięśnie nie mają tak dużej wytrzymałości, kontroli. A także że jest problem z rozluźnieniem mięśni po każdym skurczu.

Pani na początku miała troszeczkę wątpliwości odnośnie prawidłowości wykonywania tych ćwiczeń. Nie wiedziała czy dobrze je wykonuje, czy dobrze koordynuje te ćwiczenia z oddechem. Ale pomimo tego wykonywała je bardzo regularnie.

Świetna regularność ćwiczeń przyniosła efekty

Jej systematyczność wynosiła praktycznie 100%. Na ile mogłyśmy na tyle rozmawiałyśmy o tych wątpliwościach właśnie przez internet. Nie mogłyśmy ich rozwiać na wizycie w gabinecie, ponieważ Pani mieszka zagranicą. Natomiast nie przeszkodziło nam to w dodaniu do ćwiczeń z PelviFly, pozycji odciążających, które Pani mogła robić w ciągu dnia, tak żeby dno miednicy też mogło odpocząć.

Po właściwie kilku miesiącach testy zaczęły się zmieniać. Widać było, że wzrosła wartość maksymalnej siły mięśniowej. Było to już nieco ponad 16mmHg. Pojawiła się wytrzymałość, kontrola mięśni, a także Pani nie miała już dużych problemów z pełnym rozluźnieniem po każdym skurczu.

Co najważniejsze dla pacjentki – czuła się znacznie lepiej. Na początku zaczęło znikać odczucie ciążenia wewnątrz pochwy. Następnie znikało popuszczanie moczu.

Spotkałyśmy się w gabinecie

Także to była naprawdę wielka radość dla pacjentki, dla mnie. Jak już teraz pandemia troszeczkę zelżała, Pani przyjechała do Polski i mogłyśmy zobaczyć się na wizycie w gabinecie. Szczęśliwie okazało się, że Pani cały czas prawidłowo ćwiczyła, odpowiednio aktywowała dno miednicy, koordynowała odpowiednio te ćwiczenia z oddechem.

Obecnie Pani jest na takim etapie gdzie oprócz pozycji leżącej wdrażamy ćwiczenia w pozycji kolankowo-łokciowej, gdzie Pani dalej może doskonalić swoje umiejętności.

Pomimo trudności dążyłyśmy do celu i osiągnęłyśmy go

Jestem bardzo dumna z mojej pacjentki, dlatego, że założyła sobie cel, do którego bardzo mocno dążyła, pomimo początkowych braków efektów.

Pomimo tego, że jak to młoda mama musiała opiekować się wymagającym maluszkiem, każdego dnia decydowała o tym, że chce dążyć do swojego celu, który sobie postawiła. Czyli do tego, że chce mieć lepszą jakość codziennego funkcjonowania, a także chce przywrócić swoje poczucie kobiecości, które miała wcześniej.

Każdej pacjentce, każdej Pani, która ćwiczy dno miednicy, życzę tak dużej wytrwałości, jaką miała moja pacjentka.